Witryna Literacka

Szanowni Państwo

Z ogromną przyjemnością mamy zaszczyt otworzyć witrynę literacką „Senior – Literat” ,w której swoje publikacje zamieszczać będą nasi Czytelnicy.
Jako pierwszy zaprezentuje się Andrzej Marek Śmiałowski – leśnik z zawodu i z zamiłowania, również literat. Pan Andrzej Marek Śmiałowski pisze o sobie:

Ja po wielu latach twardej praktyki w Kampinoskim Parku Narodowym – ukończyłem dwie leśne szkoły. Pracowałem w dwóch parkach narodowych i w górskim leśnictwie (Sudety), no i ( najdłużej) w podmiejskich lasach Poznania. Ożeniłem się właśnie z ładną i dobrą poznanianką. Tam wzrastał i studiował mój syn i tam, w Poznaniu, umarła moja żona. A ja, już jako emerytowany leśnik, zatoczywszy jakby wielkie koło po kraju, powróciłem z synem do Warszawy, do mojej ponad stuletniej bardzo dobrej Mamy .A, że kochałem od dzieciństwa las, ptaki – należę od dawna do O.T.O.P-u. Przyroda to właściwie moje życie….No i parę jeszcze innych ciekawych rzeczy na tym świecie jak: książki , malarstwo i muzyka. Piszę i publikuję od 50 lat.

Poniżej zamieszczamy pierwsze z opowiadań Pana Andrzeja pod tytułem

”Na zdeptanym śniegu.
Zdarzenie prawdziwe - wspomnienie z okolic Sannik - dawno temu.”

    Teofil ubrany w kanadyjską myśliwską kurtkę, zapadając się w śnieg, pobrnął w stronę ciemniejącej strugi boru.
    Dwie rzeczy sprawiały, że myśliwy już kilkakrotnie rankami nosił na przynętę do lasu cale ochłapy końskiego mięsa - namiętność łowcy oraz życzenie panny Zosi.
    W lesie miękki puch zasnuł każdą ścieżkę, a z góry sypał srebrny pył i jałowce opatulone w śnieżne chusty wyglądały niby zziębnięte staruszki.
    Po kwadransie uciążliwego przebijania się przez zaśnieżony las, Teofil dobrnął do dużej poręby i przystanął za gęstym jałowcem.
Gdzieś daleko zaszczekały psy. Nad lasem zakrążył jastrząb.
    Nagle w nieruchomym powietrzu rozległo się skrzeczenie sroki. Myśliwy schwycił gorączkowo strzelbę. Skrzeczenie przybliżyło się i widać już było z daleka jak z drzewa na drzewo przelatuje ptak i kiwa długim ogonem. A dołem sunie szary wydłużony zwierz. Na skraju drzew drapieżnik przystanął i ruszył wprost w stronę myśliwego. Sroka skrzeczała jeszcze, ale na strzał było wciąż za daleko. Setki złotówek wilczej premii zbliżało się lekkim, cichym krokiem...
    Mężczyzna drżąc z podniecenia podniósł broń do oka i w tej samej chwili zwierz stanął jak wryty i błyskawicznie zawrócił. Jednocześnie padł strzał. Pudło. Wilczysko mknęło ku ścianie lasu - premia i dywanik dla ukochanej oddalały się bardzo szybko.
Myśliwy z rozpaczą po raz drugi pociągnął za spust. Zwierz zarzucił zadem i upadł w śnieg. Teofil zbliżył się i dobił go trzecim strzałem.
Po nasyceniu wzroku widokiem powalonego drapieżnika, chwyciwszy w rękę strzelbę, wilka zarzucił sobie na ramię i zgiąwszy się pod jego ciężarem rozpoczął mozolny powrót. Kołyszący się łeb w rytm kroków i zemsta zwierza z otwartej paszczy na piękną kurtkę Teofila płynął strumień krwi. Myśliwy kilkanaście razy odpoczywał. A podczas odpoczynków nie zapomniał przekląć wilka i jego matkę na czym stoi świat.
    W końcu dowlókł jakoś trupa do wsi i saniami zawiózł go wprost do osoby urzędowej czyli sołtysa.
    Leżał zwierz w stodole sztywny z wyszczerzonymi zębami, a tymczasem wieść o jego zabiciu obiegła galopem całą osadę, co nie było specjalnie dziwne, zważywszy, że przynajmniej od lat stu nie słyszano tutaj o wilkach. Dzieci więc biegły w tamtą stronę, a z ośrodka zdrowia pędziła rejestratorka i pacjenci z końcowymi numerkami. Jedyny myśliwy w okolicy zdążył tymczasem przy pomocy uszczęśliwionych chłopców zaciągnąć zdobycz pod drzwi fotografa, który wykonał kilka zdjęć.
    I wtedy przez tłum ludzi otaczający wilka, łowcę i fotografa przecisnął się miejscowy hycel. Wiózł on właśnie zdechłego konia, którego sztywne, wyciągnięte w górę nogi bezsilnie dygotały jakby wygrażając niebu. Koń przy dyszlu smutnie kiwał łbem. Rakarz zobaczywszy tylu ludzi, czym prędzej zlazł z wozu i zaczął przepychać się przez tłum. Natrafił akurat na chwilę, kiedy Teofil stanął nogą na grzbiecie wilka ze strzelbą na ramieniu i to było ostatnie zdjęcie.
    Rakarz podszedł do wilczych zwłok, nachylił się nad nimi, popatrzył, pokiwał głową i powiedział: „A toć przecie zabiłeś pan mojego Burka!" Teofilowi napłynęła krew do twarzy. A rakarz dalej: „Tak, to mój pies, ady ma lewe ucho rozerwane, poznałbym go wszędzie".
Ludzie stłoczyli się, buchnęły gorączkowe pytania, odpowiedzi, pojawiły się tu i ówdzie chichoty, a później gruchnął gromki śmiech. Widzowie ryczeli ze śmiechu. Myśliwy krzyczał, protestował... Rakarz swoje... W końcu cały roześmiany i rozczarowany tłum powoli odpłynął.
    Na placu zostali dwaj przeciwnicy. Obaj zaczerwienieni wymachujący rękami, usiłowali się wzajemnie przekonać.
    Wreszcie Teofil uznał się za pokonanego. Chwilę myślał, potem zarzuciwszy strzelbę na ramię, westchnął ciężko i klepnąwszy rakarza w plecy, powiedział: „Chodź bracie, napijem się!".
    I poszli. A na zdeptanym śniegu leżał jak porzucona szmata hyclowi pies - Burek z rozerwanym uchem, zapomniany przez wszystkich w chwili, kiedy przestał być wilkiem.

Andrzej Marek Smiałowski


Autor prosi o ewentualne opinie i uwagi. Tel. 22 617 06 54 (wieczorem)


Copyright © 2010. Wszelkie prawa zastrzeżone.